felieton

Opublikowano wtorek, 17-12-2013

Kazia Szczuka: Oto ja, zdradzona o świcie przez samą siebie

_MG_9555dfnowsze

Głównym i rozstrzygającym w moim wypadku jest argument lustra.  Musiałabym  myć zęby  i malować się z zamkniętymi oczami, żeby  nie widzieć  własnej  sinej i opuchłej  gęby.  Pożółkłe zębiska też niełatwo przeoczyć. Chyba że stać  nas na ciągłe wybielanie, to proszę bardzo, jarajmy. Albo siedźmy  od rana do nocy u kosmetyczki, droga wolna. Tylko efekty  zawsze  są dużo słabsze od tych, które daje jeden prosty sposób – wyeliminowanie przyczyny. „Na długo zanim rak stanie się widoczny i zacznie dawać objawy […] w płucach powstają kolejne warstwy zmian przednowotworowych w różnych stadiach rozwoju – swoiste prehistoryczne  łupki karcenogenezy” – pisze Sidhartha Mukherjee w swojej monografii raka, bestsellerze zatytułowanym „Cesarz wszech chorób”.   Zaczyna się to w oskrzelach. Nabłonek wyściełający oskrzela staje się „pogrubiały i obrzęknięty”.   Otóż te łupki prehistoryczne, te pogrubienia i obrzęki, te „nierównomierne plamy”, wierzcie mi lub nie,  w okresach palenia obserwuję wprost na skórze twarzy. Do tego popękane naczynia krwionośne, tak zwane pajączki.  A może raczki? Zwiotczenie, zwiśnięcie, wymiętoszenie, obrzęk,  rozszerzone pory i wyrastające znienacka selery. A wszystko razem wygląda jak ziemniak. To pejzaż kosmiczny, nieludzki, ogołocony z organicznych śladów. „Martwe łupki  karcerogenezy”.  Tak wygląda twarz niemłodej palaczki. Nie przemawia przeze mnie sama próżność. Raczej zgroza.  Zdradzona o świcie, przez samą siebie. To ja. Wita mnie oblicze śmierci,  we własnym kiblu. Pokasływanie kostuchy. Męka kartoflana zamiast gęby. Drogie kosmetyki wzywane na pomoc. I to już, teraz, jest po wszystkim? Zostałam staruszką?

_MG_9595

Alice Munro, tegoroczna literacka noblistka, też to dostrzega. Że palenie coś dziwnego robi z kobietami. To jedna z nich (z nas??): „Miała krótkie kręcone włosy ufarbowane na rudo [..] i mnóstwo zmarszczek, które uwydatniał puder w kolorze orzecha włoskiego.[…] – Rzuciłam rzucanie – powiedziała zapalając papierosa. [..] Może dlatego miała tyle zmarszczek. Słyszał kiedyś – mówiła mu o tym jakaś kobieta – że palaczki mają specyficzny rodzaj zmarszczek”.

Oczywiście, to nie dzieje się znienacka. „Rak […] to choroba rozwijająca się powoli. Nie biegnie, lecz raczej snuje się powolnym krokiem, aż przybierze ostateczną postać”. Podobnie przeistaczanie się twarzy palaczki w ziemniak, starą Indiankę, starego mandaryna, kalafior. To się snuje, niepostrzeżenie, dyskretnie. Sam proces starzenia, ktoś powie, przebiega podobnie. Pewnie, że tak. Ale nie naraża mnie na szok diagnozy, na poczucie, że ktoś mnie oszukał, zrobił na szaro, załatwił. Tylko kto?!

_MG_9641

Zaobserwowałam  zmiany  mniej więcej po dziesięciu latach palenia. Zaczęłam wcześnie, mając lat czternaście.  Było to trudne, abominacyjne  wręcz, ale jakoś, mimo rzygania, bólu głowy, bólu brzucha i śmierdzących włosów,  przemogłam  się  i zostałam palaczką.  Paliliśmy w kiblu w szkole.  Najokropniejsze  papierosy świata, albańskie DS-y, fajki o smaku i zapachu siana obsikanego przez myszy.  Carmeny, Zefiry, Mocne i Extra Mocne. Dzisiejsza młodzież nie ma pojęcia o prawdziwym życiu.  Ale była też cała galeria niesamowitych, najwymyślniejszych pod  słońcem  fajek z Pewexu.  Kosztowały  na ogół  dolara i
dwadzieścia centów. Dziwne. Dość
szybko osiągnęłam efekt, o który chodziło. Stałam się  depresantką. Galerniczką
wrażliwości. Przeklętą poetką egzystencji. Zęby dość wcześnie mi poczerniały, palce pożółkły, a skóra zszarzała.  Wszystko miałam w dupie. Zasłaniałam twarz włosami, a włosy osnuwałam dodatkowo dymem, i tak brnęłam przez wiosnę życia. Widuję dziś identyczne dziewczęta, gimnazjalistki podtrute nikotyną, smołą i dwutlenkiem węgla. Co z nimi robić?  Potrząsać?  Wołać: popatrz na ciocię, szkoda zdrowia i urody! Bezsens i przeciwskuteczność.

_MG_9722

O rzucaniu palenia piszę po raz czwarty. Każdy tekst był o innym. Rzeczywiście rzucałam. Nie na dzień czy dwa, a na długie miesiące i lata.  A potem, wiadomo. Kieliszeczek nie zaszkodzi, od łyczka do rzemyczka i tak dalej. Kolejne zerwania są coraz trudniejsze, wie to  każdy nałogowiec. Ale jest i dobra wiadomość. Każda przerwa wzmacnia w nas wolę i scala  rozpadłą  jaźń. Im dłużej obcujemy ze swoją trzeźwą  częścią, tym większa szansa, że nie da się ona raz na zawsze pokonać przez tę część ćpuńską. Owszem, wytwarza się złudzenie, że rzucić  zawsze można, więc sięgamy po fajkę  z myślą, że jakoś to będzie.  Ale paląc nie  dajemy się już sami sobie tak łatwo oszukiwać. Racjonalne myśli krążą w głowie,  wewnętrzny narkoman chce tego czy nie. Tym razem nie palę, drogie siostry, już blisko pół roku.  Łupki się wyraźnie wygładziły.

 




Back to Top ↑